BLOG,  OPOWIEŚCI PORODOWE

Ekstatyczny, domowy, lotosowy. Narodziny BruMisia. CZĘŚĆ 2

WYZWANIA W KOŃCÓWCE CIĄŻY

Trzeci trymestr ciąży z BruMisiem upłynął pod znakiem przygotowań, wyzwań i intensywnych emocji. Tym razem zależało mi bardzo na tym, żeby nie zostawiać załatwienia kluczowych spraw na sam koniec, jak w przypadku poprzedniej ciąży. Nie robiliśmy całe szczęście żadnego remontu, więc mogłam poświęcić więcej uwagi na to, by zrealizować swoje wyprawkowe fantazje, niespełnione poprzednim razem. Zrobiłam obszerną listę spraw do załatwienia – od rzeczy dla maluszka po wyprawkę do porodu oraz wykaz zaległych spraw do ogarnięcie w domu.

Ubranka już były po Tymianku, więc tylko dokupiłam kilka cieplejszych dla zimowego noworodka. Jeszcze w lecie udało nam się upolować używaną kołyskę multisensoryczną Memola. W dodatku, jak się okazało w trakcie jej odbioru, kupiliśmy ją od pary, która swoje dzieci rodziła domowo z asystą położnych, z którymi i my mieliśmy rodzić. Siebie wyposażyłam w piękne i praktyczne koszule: granatową porodową i musztardową poporodową od Mamaginekolog. Chciałam się czuć komfortowo i wyjątkowo, a poprzednio nie zdążyłam zadbać o ten szczegół. Do wykreowania magicznej atmosfery zakupiłam też świecę sojową El Beso od Ewy Cetery, która kompozycję zapachową stworzyła specjalnie dla mnie do hasła przewodniego „Rodzimy w Ekstazie”. Znalazły się w nie olejki: czerwony pieprz, kadzidłowiec, kolendra, goździk, rozmaryn. Do tego kupiłam suszone płatki kwiatów: róży stulistnej i damasceńskiej, lawendy i piwonii – z myślą o dosypaniu ich do wanny w trakcie porodu, a także do użycia w ramach ciążowej sesji zdjęciowej i później do posypania nimi łożyska. Poczułam też, że potrzebuję magicznego kamienia – talizmanu. Kamienie uwielbiam od zawsze, a kilka miesięcy wcześniej ponownie zakochałam się w labradorycie. Zapragnęłam go po festiwalu Mama Gathering – miała go ze sobą na kręgu Kamila Domin. Wiedziałam, że on jest moim przeznaczeniem, ale jego szamańska energia jest bardzo mocna, więc muszę być na niego gotowa.

Końcówka października i część listopada upłynęły nam pod znakiem chorób, które Tymianek przyniósł ze żłobka. Listopad przyniósł też różne rewolucyjne przemyślenia i decyzje na gruncie zawodowym.

W grudniu Piotr, zmęczony trudnymi emocjami z ostatnich miesięcy, zamarzył, by pojechać na Vipasanę. Wiedzieliśmy, że jeśli ma to zrobić i się zregenerować, to ten plan trzeba zrealizować przed narodzinami BruMisia. Okazało się, że jest dziesięciodniowy kurs w grudniu, zaczyna się tuż przed Świętami i kończy zaraz po Nowym Roku. Trochę wydawało się to ryzykowne, bo to sama końcówka ciąży, ale ponieważ sesja odbywała się w Polsce, jakieś dwie godziny drogi autem od Wrocławia i w dodatku udało się znaleźć wolne miejsce, to postanowiliśmy zaryzykować. Trudno nam się było rozstawać i spędzać ten czas osobno, dlatego zorganizowaliśmy sobie świąteczną kolację tydzień wcześniej. Opracowaliśmy logistykę pomocy ze strony rodziny, żebym czas świąt mogła spędzić z Tymiankiem w rodzinnym mieście wraz z najbliższymi, umówiliśmy się z BruMisiem, że poczeka grzecznie w brzuchu na powrót taty i urodzi się najwcześniej 6 stycznia, a gdyby jednak nie przekonały go nasze argumenty i chciał iść w ślady starszego brata i wyjść zaraz na początku 38 tygodnia ciąży, to wykonam „emergency call” do ośrodka Vipasany, Piotr przerwie kurs i przyjedzie do domu. Tuż przed wyjazdem Piotra udało nam się kupić labradoryt. Postanowiłam się z nim  nie rozstawać aż do porodu.

Moja mama przyjechała po mnie i Tymianka autem i zabrała nas na święta. Czas spędziliśmy spokojnie i przyjemnie, choć ja zaczynałam się czuć już bardzo ciężko i trochę stresować, żeby przypadkiem nie urodzić za szybko. Ale może po prostu za bardzo sobie dogadzałam świątecznymi potrawami. Po świętach mama odwiozła nas do Wrocławia, bo miałam zaplanowane odwiedzenie położnej i pobranie materiału do posiewu na GBS, a także zaliczenie obowiązkowej wizyty okulistycznej, żeby dostać zaświadczenie o braku przeciwwskazań do porodu drogami natury.  Ponieważ wcześniej wszystko szło pięknie i gładko, myślałam, że to będą tylko formalności. Czekały mnie jednak niespodzianki, które mogły zupełnie zmienić bieg tej historii.

PORÓD DOMOWY ZAGROŻONY

Podczas wizyty w klinice okulistycznej dowiedziałam się, że mam zwyrodnienia kraciaste na siatkówce. Że te zwyrodnienia często nie dają żadnych objawów, więc mogłam się nie zorientować, że coś jest nie tak. Że dostępną metodą leczenia jest laseroterapia i to jak najszybciej. Zgodnie z konsensusem ginekologiczno-położniczym pomiędzy laseroterapią, a porodem powinno minąć 30 dni, by było w pełni bezpiecznie, a absolutne minimum według pani doktor to 2 tygodnie. No super, tylko, że był 28 grudnia, ja kończyłam już 37 tydzień ciąży, a najbliższy wolny termin zabiegu był na 9 stycznia. Zaczęło mi się robić gorąco. Całe szczęście pani doktor podpowiedziała, że gdyby u nich był problem z terminem, to mam odwiedzić inne, polecone centrum okulistyczne i tam się powinno udać. Tak też zrobiłam – niewiele myśląc, poszłam tam od  razu i przedstawiłam sytuację. Miałam dużo szczęścia, bo tego dnia były wykonywane zabiegi laserowe, a lekarka zgodziła się mnie przyjąć w trybie pilnym po wszystkich umówionych pacjentach. Wciąż była więc szansa. Ręce mi drżały, gdy pisałam smsy do położnych Ani i Wioli, jak wyglądają sprawy. Miałam jednak ze sobą labradoryt, który dawał mi siłę i spokój, rozmawiałam z BruMisiem, że sytuacja się nieco skomplikowała, że wiem, że go zapraszałam 6 stycznia w trakcie pełni Księżyca, ale jest taka sprawa… i że będzie super, jak poczeka, bo przecież chce być ekstatycznym, domowym lotosikiem, a nie cesarzem.

Zabieg był dość szybki, bezbolesny i nie czułam po nim żadnych skutków ubocznych. Pani doktor okazała się wspaniałą, ciepłą i wspierającą kobietą, która z wielkim zainteresowaniem podeszła do mojego planu porodowego i bardzo mi kibicowała, żeby się wszystko ułożyło. Umówiłyśmy się na wizytę kontrolną równo za dwa tygodnie – 11 stycznia. Powiedziała, że jeśli wszystko będzie ładnie zagojone, to z przyjemnością wystawi mi zaświadczenie o braku przeciwwskazań do porodu naturalnego. Pozostało spokojnie czekać i się nie przemęczać, a to ostatnie akurat wydawało się najtrudniejsze z 18-miesięcznym człowiekiem 24h na dobę. Całe szczęście przez większość czasu miałam wsparcie mojej mamy.

Piotr wrócił 2 stycznia, tego samego dnia zawiózł mnie jeszcze na ostatnie USG, które miało być też podstawą do otrzymania kwalifikacji do porodu domowego. Wszystko wyglądało idealnie.

Jednak kolejny dzień przyniósł nową niespodziankę. Wyniki GBS wyszedł dodatni. Przed oczami w ułamku sekundy stanęły mi same najgorsze scenariusze: że nie uda się rodzić w domu, że nie pozwolą mi rodzić w wodzie, że pewnie skończy się cesarką… Całe szczęście konsultacja z położnymi szybko sprowadza mnie na ziemię. Faktycznie, według nowych standardów porodowych, od 1 stycznia dodatni GBS z automatu sprawia, że ciąża zostaje uznana za taką o podwyższonym ryzyku, więc formalnie nie kwalifikuje się do porodu domowego. Wiola powiedziała jednak, że nie wyobraża sobie, żebym miała rodzić w szpitalu, więc po szybkiej burzy mózgów ustalamy plan działania: decyduję się wziąć antybiotyk, który dostałabym i tak zjawiając się w szpitalu z dodatnim GBS-em, stosuję dietę zero cukru, łykam probiotyki, jem kiszonki, używam srebra koloidalnego do mycia, a po zakończeniu tygodniowej kuracji mam powtórzyć badanie. Gdyby się jednak poród zaczął zanim dostanę wynik, to mamy jeszcze inny pomysł, jak wybrnąć z tej sytuacji.

Zostaje więc czekać i ufać, że wszystko zdrowotnie wróci na właściwe tory. Tłumaczę BruMisiowi, że minimum do 11 stycznia, zostaje w brzuchu, a sama rzucam się z Piotrem w wir spraw do załatwienia z żelaznej listy „nie urodzę dopóki…”.

A na liście, oprócz takich organizacyjnych kobył, jak sprzątanie piwnicy, jest też coś przyjemnego, czego nie udało się zrealizować w ciąży z Tymiankiem – sesja zdjęciowa. Umawiamy się na 9 stycznia z  Gabi. Początkowy plan to Ogród Botaniczny i ekstatyczna sesja w wianku, z wykorzystaniem chust na tle bujnej egzotycznej roślinności. Gdy jednak przyjeżdżamy pod Ogród w pełni przygotowani i obładowani sprzętem, okazuje się, że niestety – od listopada do marca jest zamknięte. Na zdjęcia w plenerze nie ma w tym momencie szans – jest mokro i zimno, bo pada deszcz. Siedzimy w aucie, robiąc desperacką burzę mózgów i w końcu przychodzi do mnie myśl – DOM YOGI. Mają przepiękne industrialne wnętrze: surowa cegła, drewno, stal i przeszklony sufit… Dzwonię do Moniki, właścicielki i okazuje się, że mamy ogromne szczęście, bo teraz w szkole nikogo nie będzie przez kilka godzin, ostatnie zajęcia zostały odwołane. Dostajemy klucze i całą przestrzeń do dyspozycji. Oddajemy się zabawie i przyjemności twórczej, próbując przy tym wszystkim doglądać ciekawskiego Tymianka, który stawia przed nami coraz to nowe wyzwania.

 Gabi podsyła wieczorem zdjęcia. Jestem bardzo zadowolona z efektów naszej pracy.

TERAZ MOGĘ RODZIĆ

W piątek 11 stycznia idę na kontrolę okulistyczną. Blizny po laserze ładnie się zagoiły. Pani doktor daje zielone światło na poród siłami natury i prosi, aby dać jej znać, jak poszło. Mówię jej, że czuję, że to się wydarzy w ten weekend.

Potem jadę do gabinetu położnej Ani na kontrolne KTG – wszystko jest w porządku. Śmieję się, że teraz następuje w mojej głowie zwolnienie blokady porodowej, by padły jakże słowa: „No! Teraz mogę rodzić!”. Nie mamy jeszcze wyników GBS-a, ale jestem spokojna, czuję, że będzie ujemny.

W sobotę 12 stycznia odwiedza nas moja mama, bo jesteśmy umówione, że pomoże nam zająć się Tymianiem, kiedy zacznie się poród. Ale w sobotę nic się nie zaczyna, więc następnego dnia wraca do domu.

Niedzielę spędzamy w domu na błogim „nicnierobieniu”. Nie myślę zbyt wiele o porodzie, no może po za tym, że gdyby się BruMiś urodził dziś, czyli 13 stycznia, to różnica wieku między chłopcami wyniosłaby równo 19 miesięcy. Nie zauważam, żeby coś przepowiadało poród. Jestem w dobrym nastroju i zrelaksowana. Wieczorem, gdy Tymianek zasypia, oglądamy z Piotrem nowy, bardzo zabawny serial „Sex Education”.  I coś się zaczyna dziać. Najpierw pojawia się ból podbrzusza, potem delikatne skurcze, wreszcie biegunka. Mam już pewność, że to jest to. Wow! Super! Jesteśmy bardzo podekscytowani i podnieceni tą perspektywą!

Zjadam świeżego ananasa i kilka daktyli, bo podobno ułatwiają poród i skracają czas jego trwania. Podoba mi się ta koncepcja, bo jedzenie tych owoców daje mi dużo zmysłowej przyjemności. Zaczynam liczyć skurcze, ale są bardzo nieregularne i jeszcze słabe. Daję znać położnym, jak wygląda sytuacja. Rozmawiam z Wiolą przez telefon, ustalamy, co robić, bo nadal nie ma wyniku GBS-a. Wiola konsultuje się z lekarzem. Ustalamy, że jak się zacznie regularna akcja, to wezmę ostatnie dwie tabletki antybiotyku, które zostały mi po kuracji, a po narodzeniu dziecka położne pobiorą próbkę krwi i Piotr ją zawiezie od razu do szpitalnego laboratorium. Tymczasem próbujemy rozkręcić akcję, bo Wiola jest teraz w domu, ale rano zaczyna dyżur w szpitalu. No i Tymianek śpi, więc fajnie by było wykorzystać to, że jest teraz spokój i urodzić. Liczymy na to, że seks w połączeniu z ostrym jedzeniem w postaci koreańskich pierożków z kimchi, podziała tak skutecznie, że uda nam się wyrobić z porodem przed świtem. Dokładam do tego kręcenie biodrami i podskoki na piłce. Jednak  skurcze są nadal nieregularne, a ja trochę tracę entuzjazm i energię. Dochodzę do wniosku, że chyba jestem dziś po prostu już zbyt zmęczona, żeby rodzić… Wiola mówi: „To idź w takim razie spać!”. Grubo po północy kładę się do łóżka, włączam cichutko nagrania hipnoporodowe i zasypiam.

Budzę się jednak około 4 nad ranem z nowym przypływem energii i delikatnymi skurczami. Muszę coś ze sobą zrobić, spać mi się nie chce, więc postanawiam, że wyszoruję sobie wannę na poród. Liczę na to, że ruch i aktywność sprawią, że się coś rozkręci… No, ale nic się nie wydarza, więc przed 6.00 idę znowu spać.

NIEDŹWIEDŹ  ZRODZONY W TRAKCIE ŚNIEŻYCY

Jest poniedziałek, 14 stycznia. Po krótkim śnie wstaję i dzwonię do mamy, która właśnie dotarła do pracy. Proszę ją, żeby wzięła wolne na żądanie i przyjechała, bo BruMiś na pewno urodzi się dziś. Mama przyjeżdża do nas około 11. Skurcze od rana są nieregularne i niezbyt bolesne, jakby się wyciszyły. Pewnie dlatego, że Tymianek jest na nogach i cała moja uwaga kieruje się na niego. Molestuję od rana laboratorium o mój wynik GBS-a: halo! ja tu rodzę! dawajcie ten wynik! No i przesyłają w końcu na maila – jest ujemy. Przychodzi fala euforii i spokoju! Nastawiam warzywny bulion na poporodową zupę mocy według pięciu przemian. Piotr jedzie na chwilę do pracy, bo trzeba dziś nadać dużą przesyłkę zagraniczną i kurier jest już umówiony.

Wiola prosi, abym przyjechała około południa do niej na dyżur do szpitala na KTG. Jadę taksówką i sobie żartuję z kierowcą, że właśnie rodzę, ale że ma się nie przejmować, nie zamierzam finalizować akcji w jego aucie. Kiedy docieram do szpitala przypomina mi się pierwszy poród. Leżąc pod KTG jestem spokojna. Zalewa mnie oksytocyna. Słyszę odgłosy wydawane przez inne kobiety na bloku porodowym. Potem dowiaduję się, że w tym czasie prawdopodobnie za ścianą, swojego synka rodziła nasza koleżanka, Dominika. Wiola bada mnie w sali porodowej z wanną – tej samej, w której 19 miesięcy temu przyszedł na świat Tymianek. Mam 2 centymetry rozwarcia i potrzebuję efektywnych skurczy – tak twierdzi Wiola i coś tam czaruje.  Wychodzę ze szpitala radosna, że jednak będę rodzić w domu, na swoich zasadach. Piotr wychodzi z pracy i ma mnie odebrać po drodze. Jest bardzo zimno, ale czuję, że mam ochotę się przespacerować, zamiast czekać na niego w szpitalnej poczekalni.

Pokonuję całkiem spory odcinek drogi, nim przejmie mnie Piotr. Czuję, że skurcze się rozkręcają. Jedziemy jeszcze na szybkie zakupy do Lidla, liczymy, że zdążymy ugotować jakiś prosty obiad, bo przecież głodna rodzić nie będę. Zresztą wszyscy potrzebujemy dużo energii. W Lidlu robi się intensywnie. Mam głupawkę. Kupujemy mój ukochany pak choi, przy stoisku z warzywami zagaduje nas kobieta i pyta, do czego używamy tej kapusty, więc jej podajemy nasz szybki przepis na pak choi duszony z cebulką w sosie sojowym z dodatkiem sezamu, a ona odwdzięcza się swoim przepisem na zupę krem z topinamburem, dynią i pieczoną papryką. W kolejce żartuję sobie, że w sklepie powinna być kasa pierwszeństwa dla rodzących, bo czuję, że fale przyspieszają i chwilami wieszam się na Piotrze, żeby ustać na nogach.

Dociera do nas, że nie damy jednak rady ugotować w domu obiadu, zwłaszcza, że odstępy pomiędzy skurczami się skracają, jak pokazuje aplikacja. Jedziemy więc szybko do pobliskiej restauracji orientalnej po makarony na wynos, bo jednak dobrze by było coś  zjeść przed porodem. Jestem już ekstremalnie głodna. Dochodzi 15.00, a ja jadłam tylko śniadanie i jakiegoś batonika leżąc na KTG.

Od kiedy wsiadłam do samochodu, jestem na łączu z Anią i Wiolą, informuję je o częstotliwości skurczy, one podejmują decyzję, że w takim razie już do nas jadą, bo są godziny szczytu i wolałyby zdążyć na czas.

Pogoda jest dziwna – raz intensywnie świeci słońce, po chwili robi się ciemno, jak przed burzą, do tego deszcz, śnieżyca… wszystkie pory roku.

W kocu przedzieramy się przez korki i docieramy do domu chwilę przed 16:00. Niemal od razu pojawia się Ania, a zaraz po niej Wiola.  

Przebieram się w koszule porodową, żeby mieć swobodę ruchów. Mój wianek z sesji zdjęciowej jest nadal w aucie, w całkiem dobrej kondycji, postanawiam więc, że  rodzę w wianku, a liśćmi paproci, które dostaliśmy w kwiaciarni dekoruję sobie łazienkę.

Jemy obiad, czyli te przywiezione przez nas makarony. Choć z ekscytacji jest mi ciężko się teraz skupić na jedzeniu. Częstujemy położne domowym kimchi i naszym nowym eksperymentalnym roślinnym serem do raclette.

Wypełniamy jakąś tonę papierów: kwalifikacja do porodu, umowa, jakieś pomiary. W międzyczasie  bujam się na piłce, a Tymianek podekscytowany, że mamy gości, robi dodatkowe zamieszanie i podkrada położnym pieczątki i sprzęty z toreb medycznych. Ania słucha tętna BruMisia – jest prawidłowe, a z badania wynika, że rozwarcie ma 4 centymetry.

Około 18:00 postanawiamy z Piotrem zamknąć się sami w sypialni i dodać sytuacji nieco pikanterii. Kochamy się po ciemku i po cichutku, co jest trochę zabawne i sztubackie.

Skurcze się rozkręcają, ale wciąż jest mi bardziej do śmiechu, niż do intensywnych odczuć. Około 19:00 Wiola zarządza, że spróbujemy akupresury. Rysuje długopisem punkty – na mojej łydce i nad pośladkami. Ania z nieukrywaną przyjemnością uciska te miejsca, robiąc mi dziurę w nodze, bo podobnie jak w poprzedniej ciąży, nogi mam spuchnięte jak słoń. Robi się coraz mocniej. Już sobie tyle nie żartuję, wchodzę w pracę wewnętrzną. Na skurczach ląduję na podłodze, opierając się o piłkę. Położne przygaszają światła, zapalają świece. Jest romantycznie.

Między 19:00 a 20:00 dostajemy z Piotrem misję schodzenia po schodach. Piotr ma liczyć odstępy między skurczami, ale mi nie mówić, ile wynoszą. Chodzi o to, żeby moja kora nowa w mózgu nie była zbyt aktywna i stery przejął tzw. mózg gadzi. Niestety, nie udaje mu się utrzymać tego przede mną w tajemnicy. Na skurczach wieszam się na nim i przeklinam pod nosem, ciesząc się jednocześnie, że jest coraz intensywniej. To mnie nakręca. Po zaliczeniu zaleconej serii zejść po schodach, wracamy do mieszkania. Jest po 20.00. Mamie udało się położyć Tymianka spać.

Wreszcie jest cicho i spokojnie. Piotr napuszcza wodę do wanny. Wchodzę do wody około 20:15. W łazience jest przyjemnie: na wannie stoją świecie, pływające w wodzie płatki kwiatów tworzą niezwykły klimat i dodatkowy zapach, ciepło wody mnie odpręża. Słucham porodowej play listy, a podczas fal, bujam w wannie biodrami na boki i wyprężam się jak struna, wokalizuję. Przez większość czasu jestem w łazience z Piotrem lub sama, kiedy on przygotowuje jakieś rzeczy potrzebne położnym. Ania i Wiola przychodzą tylko sprawdzić tętno i postęp porodu. Wiola zaleca, abym robiła to, co podczas ostatniego porodu, czyli łagodziła doznania przez stymulację łechtaczki. Staram się znaleźć przyjemność przez samomiłość, głębokie mruczenie, oddech i ruch bioder.

Zaczynam jednak odczuwać nagłą irytację i przeklinam na skurczach. Myślę sobie, że mam już trochę dosyć tej sytuacji, więc pewnie nastał kryzys siódmego centymetra.

A potem nagle ogarnia mnie przemożna ochota na zrobienie kupy. Wiola nie pozwala do wanny, więc siedzę na kibelku, mocno napinam mięśnie łydek na skurczach, wbijając palce stóp w podłogę, a resztę ciała opierając na Piotrze, żeby zachować równowagę. W końcu stwierdzam, że jednak nic z tego nie będzie i wracam do wanny. Zabawne jest to, że zupełnie zapominam w swoim odrealnionym stanie, że to uczucie parcia jest bardzo charakterystyczne w porodzie, kiedy główka jest już naprawdę blisko wyjścia! Dobrze, że dziecko nie wpadło mi do toalety.

Wracam do wanny. Przychodzą położne, ja klęczę, bo tak mi podpowiada ciało. Jestem w transie. Rozbrzmiewa utwór Vangelis „Ask The Mountains” z subtelnym wokalem Stiny Nordenstam. Wiola mówi: „Nic nie rób!” i prowadzi moją rękę do czegoś ciepłego. A więc to już?! Wow! Myślałam, że jeszcze daleka droga przed nami. Ania i Piotr nagrywają telefonami filmiki wyłaniającej się główki. Po chwili wysuwa się reszta ciałka. Czuję niesamowitą ulgę i rozluźnienie, wydając z siebie długie „Aaaaa”, jak po intensywnym orgaźmie.

Jest 21:30. Piotr mówi podekscytowany i wzruszony: „Jest Dżuba! Ale ma dużo włosów!”. Biorę w ramiona to śmieszne pomarszczone maleństwo i mówię do niego „Misio! Miso!”. Rzeczywiście, ma kosmate czarne włoski. Tak go sobie wyobrażałam. A więc przybył do nas Bruno Gustaw, niedźwiedź zrodzony w trakcie śnieżycy, ze Słońcem w Koziorożcu, Księżycem w Byku i ascendentem w Pannie. Bardzo ziemski człowiek.

Rodzi się łożysko. Nie odcinamy pępowiny. Po dokładnym oczyszczeniu przez Anię, łożysko trafia do miseczki z sitkiem, zostaje obsypane solą i suszoną lawendą i płatkami róż. Czekamy, aż BruMiś sam pożegna się ze swoim bratem bliźniakiem i odłączając się w dogodnym dla siebie czasie, łagodnie narodzi się po raz drugi.

ROZŁADOWANIE NAPIĘCIA I WILCZY APETYT

Z całego porodu jak zwykle najgorzej wspominam oględziny i zaopatrywanie krocza. Wszystko jest w porządku, mam tylko lekkie otarcie śluzówki w jednym miejscu, ale zakładanie szwu to najgorsze doznanie tego wieczoru.

Po porodzie doświadczam spadku adrenaliny, które objawia się uczuciem przenikliwego zimna. Moje ciało wpada też w dziwne wibracje i drżenia, nad którymi nie umiem zapanować. Trwa to przez kilka minut. Później dowiedziałam się, że to naturalny mechanizm ciała na rozładowywania napięć, stresu i traumy, który jest bardzo charakterystyczny dla większości ssaków i jest wykorzystywany w terapii, jako metoda TRE.

BruMiś leży na mojej klatce piersiowej i łapczywie ssie pierś, więc nie mam się jak wyprostować, a strasznie chce mi się pić. Wypijam więc niemal duszkiem ponad pół litra zupy mocy. Przez rurkę od wenflonu, którą daje mi Wiola ze swojej medycznej torby, jak obiecam, że nie będzie żadnych niespodzianek i krwotoku. Bulion jest pyszny i czuję po nim ogromną błogość. Zjadam też łapczywie kanapki. Ufff. Poród jest bardzo wyczerpujący energetycznie i zaostrza apetyt. Położne wychodzą około 2 w nocy, a my zasypiamy wtuleni w siebie.