Moje narodziny. Opowieść porodowa mojej mamy

Kochana Marzenko,

OPOWIEŚĆ O TWOICH NARODZINACH

Dawno, dawno temu, a było to 29 marca 1984 roku, pięć minut po północy na świat przyszła malutka dziewczynka, która dostała na chrzcie świętym od swoich rodziców imiona Marzena Anna. Jej chrzestnymi są Jerzy Wojtków – brat mamy i Jolanta Gabryk (później Freitag) – siostra taty.

Kiedy dowiedziałam się, że będę mamą, to była dla mnie wielka radość i tajemnica życia odkrywana każdego dnia. Kiedy z utęsknieniem czekałam na chwilę narodzin, rodziło się we mnie wiele pytań i wątpliwości: jak to będzie, jak to jest? Z każdym dniem robiłam się coraz pełniejsza, aż w końcu poczułam pierwsze ruchy. Wspomnę tylko, że w ciąży miałam ogromną chęć, aby jeść marchewkę i ciągle ją jadłam.

Ta mała istotka dawała o sobie znać, jej serduszko biło, a ona coraz bardziej dokazywała, i domagała się już, aby poznać świat. Kiedy mój termin porodu się zbliżał postanowiłam pojechać do Opola, aby tam urodzić, gdyż słyszałam nieciekawe opinie o szpitalu w Kluczborku. Byłam pod opieką mojej kochanej teściowej Gienii (Genowefy). Kiedy poczułam pierwsze skurcze, pojechałyśmy z moją teściową do szpitala w Opolu. Oni zbadali mnie i powiedzieli, że jest jeszcze czas i w nocy karetką (twoja babcia Gienia jechała ze mną w karetce) zawieźli mnie do szpitala w Kluczborku. Tam stwierdzili natomiast, że nie mają miejsca na oddziale i karetka zawiozła mnie do szpitala w Byczynie. Mnie oblewały tam gorące poty i wietrzyłam się w otwartym oknie, bo właśnie zaczynała się piękna wiosna, słoneczko świeciło. A mnie to przyjemnie chłodziło i przynosiło ulgę. Po wielu badaniach położna stwierdziła, że ona sobie nie daje rady, bo jestem pierworódką. Więc znowu karetka zawiozła mnie do szpitala w Kluczborku. Bóle stawały się coraz większe i położne oraz lekarze cały czas mnie badali.

W końcu stwierdzili, że rozwarcie jest na tyle duże, że czas zawieźć mnie na salę porodową. Tam akurat miała dyżur lekarka, pani Tatiana Lesiuk, mama mojej koleżanki z klasy w podstawówce, która mnie dobrze znała. Ja leżałam na stole i ciągle patrzyłam na duży zegar, który wisiał wysoko na ścianie sali porodowej i zastanawiałam, czy urodzę jeszcze przed 24.00 czy już po. Urodziłaś się 5 minut po północy. Cały czas byłam przekonana, że będę mieć synka, nie było wtedy badań USG, dzięki którym można określić płeć. Pani Lesiuk powiedziała do mnie: „Ma pani dziewczynkę” i pokazała mi CIEBIE. Byłam zdziwiona, ale BARDZO SIĘ UCIESZYŁAM. Potem zawieźli mnie na salę poporodową i karmiłam Cię piersią.

W szpitalu codziennie badano pacjentkom temperaturę, a u mnie ona była ciągle podwyższona. Modliłam się, żeby w końcu spadła, aby mnie już wypuścili do domu. W końcu przyjechałam do domu. Babcia Gienia i babcia Helenka bardzo o mnie dbały i pomagały, żeby Ciebie wykąpać, przewinąć, nosiły Cię na rękach, kiedy płakałaś. Babcia Gienia, to nawet zrobiła taką kołyskę z koca na kiju od szczotki i Cię w niej bujała. Ja Cię karmiłam, ale ciągle chciało mi się bardzo pić, a one nie nadążały z szykowaniem dla mnie napojów. W końcu przyjechała lekarka, ponieważ ciągle miałam wysoka temperaturę, chyba około 38 stopni i stwierdziła, że to zapalenie piersi. Rano przyszła położna, żeby mnie zbadać. Jak tylko wyszła, zaczęło się coś ze mną dziwnego dziać, temperatura zaczęła bardzo gwałtownie rosnąć, a jak, kiedy zobaczyłam, że na termometrze brakuje już kresek, to tylko krzyknęłam: ja nie chcę umierać! Potem chyba byłam w agonii, bo mówiłam bardzo dziwne rzeczy. Podobno przyjechała karetka i wrzucili mnie do koca, bo nosze nie mieściły się na naszej klatce schodowej w domu i zastanawiali się, na jaki oddział mnie zawieźć – na ogólny czy na ginekologię, bo dostałam jeszcze krwotoku z narządów rodnych.

Obudziłam się w szpitalu i zobaczyłam, że leżę na podłodze, na noszach, pod prześcieradłem. Powiedziałam do lekarza pana Jana Lisiakiewicza (uratował mi życie, a wiem, że sam potem stracił syna), że się już dobrze czuję i mogę iść do domu. On się tylko uśmiechnął i powiedział: „Do jakiego domu? Na salę!”. Zdiagnozowali u mnie zapalenie płuc. Dowiedziałam się, że byłam wrzucana do wanny z zimną wodą, żeby zbić temperaturę.

Mój tato, a twój dziadek Heniek i mój brat Jurek pędzili samochodem do szpitala, żeby porozmawiać z lekarzem. Dziadek podobno powiedział lekarzowi: „Panie doktorze, ona musi żyć!”. W tym czasie, babcie Helenka i Gienia same zostały z malutkim dzieckiem, z Tobą Marzenko. Dzielnie się Tobą zajmowały: karmiły mlekiem w modyfikowanym i przewijały tetrowe pieluszki, które prały w płatkach mydlanych w prace Frania. Potem, gdy, już wróciłam ze szpitala, zajmowałam się Tobą sama, ale nie mogłam już Cię karmić piersią, bo przez chorobę i przyjmowane leki straciłam pokarm.

Wszyscy bardzo mi pomagali się Tobą zajmować. Babcia Helenka pędziła do domu po pracy w banku i popołudniami nosiła Cię na rękach, bo dużo płakałaś z powodu kolki. Babcia Gienia przyjeżdżała z Opola tak często, jak tylko mogła. Nosili Cię też dziadek Heniek i wujek Jurek, bo mieszkaliśmy wspólnie w jednym domu, więc miałam duże wsparcie. Dziadek Witek też się Tobą zajmował, jak przyjeżdżaliśmy do Opola. Wszyscy cieszyli się z Twoich narodzin.